B.B. King nie żyje. Legendarny bluesowy gitarzysta miał 89 lat

fot. materiały prasowe

– Gdy grasz bluesa, jesteś podwójnie czarny. Jesteś czarnym, który na dodatek gra czarną muzykę – mówił o sobie. Słynny wokalista i gitarzysta B.B. King zmarł w swoim domu w Las Vegas w wieku 89 lat.

„Nie musisz być fanem bluesa, żeby wiedzieć, kim jest B.B. King. On stał się uosobieniem tego gatunku, tak jak Louis Armstrong jest synonimem jazzu” – pisał o Kingu w książce „The History of the Blues” krytyk Francis Davis.

Muzyk ciężko zapracował na tę wyjątkową pozycję. Pierwszą płytę nagrał w 1949 r. Od tego czasu żył w trasie między kolejnymi salami koncertowymi i studiami nagraniowymi. Aby dorobić się przydomku „The King of Blues”, całe lata spędził w trasach koncertowych. – Zawsze uważałem, że muszę pracować ciężej od innych. Gdy wszyscy szli spać, ja łapałem za gitarę i przez całą noc ćwiczyłem skale – opowiadał.

Zagrał tysiące koncertów. W rekordowym 1956 r. wystąpił aż 342 razy (pozostałe dni zajęły mu trzy sesje nagraniowe), a jeszcze w minionej dekadzie regularnie dawał do 200 występów rocznie.

Kravitz żegna Kinga

Jego oficjalna dyskografia zawiera 43 płyty studyjne, na których można usłyszeć takie skomponowane przez Kinga bluesowe evergreeny, jak „Lucille”, „Sweet Black Angel” i „Rock Me Baby”.

Zebrał 15 prestiżowych statuetek Grammy. Ostatnią z nich w 2009 r. za album „One Kind Favour”. Był członkiem zarówno Blues, Rock’n’Roll, jak i Rhythm And Blues Hall of Fame – te honory najlepiej odzwierciedlają jego muzyczny styl, w którym przełamywał granice między gatunkami, czerpiąc zarówno z tradycyjnego bluesa, jak i z jazzu, swingu oraz muzyki pop.

Jego wielkimi fanami byli tacy gitarzyści, jak rockman Eric Clapton, bluesman Stevie Ray Vaughan i jazzman John Scofield. „Inni muzycy, grając tysiące nut, nie potrafili wyrazić tego, co ty umiałeś zawrzeć w jednym dźwięku” – napisał na Twitterze na wieść o śmierci Kinga Lenny Kravitz.

Lepiej grać na rogu, niż zbierać bawełnę

Riley B. King urodził się 16 września 1925 roku w Itta Bena w stanie Missisipi. – Wychowałem się na plantacji bawełny. Przez pierwsze lata swojego życia w ogóle nie rozumiałem, co oznacza słowo „bieda”, bo wydawało mi się, że stan, w którym nie masz kompletnie niczego, jest zupełnie naturalny – wspominał.

Już jako dziecko pomagał rodzicom w pracach polowych. To właśnie przy zbiorze bawełny usłyszał po raz pierwszy bluesowe piosenki – śpiewali je robotnicy pracujący w polu. Sam zaczynał jednak od gospel – występował w kościelnym chórze na nabożeństwach, na które chodził razem z matką.

– Przy bawełnie zarabiałem 20 dol. na tydzień. Ale gdy w sobotni wieczór stanąłem w miasteczku na rogu ulicy i śpiewałem piosenki, w jeden wieczór potrafiłem zgarnąć 50-60 dol. Kiedy śpiewałem gospel, ludzie tylko klepali mnie po ramieniu. Gdy stawiałem na bluesowy repertuar, do puszki od razu zaczynały się sypać pieniądze – opowiadał. Uliczne doświadczenie wpłynęło więc na wybór gatunku, któremu pozostał wierny przez całe życie.

Bluesowy dzieciak przebija się w Memphis

Pierwszą gitarę kupił w wieku 12 lat. Choć jest również legenda, że podarował mu ją kuzyn, legendarny bluesman z delty Missisipi Bukka White. Za to na pewno White stał za przeprowadzką młodego wiejskiego chłopaka do Memphis w stanie Tennessee – kuzyn namówił Kinga, aby spróbował sił w bluesowych klubach i rozgłośniach.

King bywał w programach radiowych jako muzyk, dostał też pracę disc jockeya. Od sławnej w Memphis z bluesowych knajp ulicy Beale Street otrzymał pseudonim „Beale Street Blues Boy”. Skrócony potem do Blues Boy dał początek dwóm literom B.B., które pojawiały się przed nazwiskiem przez całą karierę Kinga.

Jego pierwszym wielkim przebojem był wydany w 1951 r. numer „Three O’Clock Blues”. Choć zarejestrowana w zaimprowizowanym studiu nagraniowym piosenka nie brzmiała tak dobrze jak parę wcześniejszych numerów nagranych dla Sun Records (kierowanej przez Sama Phillipsa wytwórni, która za parę lat miała wydać pierwsze single Elvisa Presleya), wskoczyła na listy przebojów rhythmandbluesowych i spędziła 17 tygodni na samym szczycie zestawienia.

Skąd się wzięła Lucille

Ten sukces otworzył Kingowi drzwi do sal koncertowych w całych Stanach. Na razie tylko tych, w których grana była muzyka dla czarnej publiczności. King wspominał później, że trasy po podzielonej rasowo Ameryce były nieustannym pasmem upokorzeń.

– Wszystkie te sytuacje, gdy zatrzymywał cię jakiś biały policjant w jakimś zadupiu tylko po to, żeby pokazać swoją władzę – nie okazywałeś gniewu, tłumiłeś go przez lata gdzieś w środku. Byłem poniżany tak wiele razy, że nawet nie chce mi się o tym pamiętać – mówił.

To właśnie w jednym z takich klubów narodziła się legenda jego najsłynniejszej gitary. W wyniku sprzeczki o kobietę ktoś z klubowych gości zaprószył ogień. Wszyscy rzucili się do ucieczki. Już po wyjściu z budynku King zauważył, że zostawił w środku instrument. Nie bacząc na płomienie, wrócił po gitarę i wyniósł ją z pożaru. Na pamiątkę wydarzenia nadał jej imię dziewczyny, o którą wybuchła cała awantura – Lucille.

Co robią tu ci wszyscy biali?

Biała publiczność go odkryła, gdy Ameryka uległa brytyjskiej inwazji, a takie wyspiarskie zespoły, jak The Yardbirds, The Animals czy The Rolling Stones, przywiozły do Stanów swoją wersję bluesa.

Nowa popularność była dla Kinga zupełnym zaskoczeniem. W 1968 r. zbeształ kierowcę swojego busa, gdy po wyjściu z pojazdu pod słynną sceną Fillmore West w San Francisco zobaczył publiczność składającą się wyłącznie z białych – był przekonany, że szofer pomylił adresy i przywiózł go nie tam, gdzie miał zagrać koncert. Jeszcze większym szokiem było dla niego to, że na koniec występu ta publiczność zgotowała mu owację na stojąco.

W tym samym roku B.B. pojechał w pierwszą trasę po Europie. Był już gwiazdą nie tylko w Stanach, lecz także na całym świecie.

Gitarzysta wszech czasów, niezbyt dobry w akordach

Mimo wielkich sukcesów nieustannie żartował ze swojej popularności. – Nie jestem wybitnym muzykiem. W ogóle nie uważam się za gitarzystę. Jestem wokalistą, który przy okazji gra na gitarze. Na scenie cały czas śpiewam. Tyle tylko że gdy przestaję śpiewać wokalnie, zaczynam robić to samo za sprawą mojej Lucille. W mojej głowie głos i dźwięk gitary zlewają się w jedno. Chcę, by brzmiały jak rozmowa – opowiadał w wywiadach.

Gdy w 1989 r. grupa U2 zaprosiła go do nagrania piosenki „When Love Comes to Town”, która przypomniała go zupełnie nowej generacji fanów, był podobno mocno zaniepokojony końcowym efektem tej współpracy.

– Nie jestem zbyt dobry w akordach, nie wiedziałem, czy podołam – mówił otwarcie. Trudno powiedzieć, czy to kokieteria, czy raczej autoironiczne poczucie humoru – nie przypadkiem przecież magazyn „Rolling Stone” obwołał go trzecim gitarzystą wszech czasów. Wyżej znaleźli się tylko Jimi Hendrix i Duane Allman – instrumentalista The Allman Brothers Band.

Piętnaścioro dzieci Króla

Mimo upływu lat B.B. wciąż koncertował. Tyle że ostatnio zmniejszył liczbę występów do stu na rok. – Ludzie mówią, że powinienem przejść na emeryturę. Ale dla mnie słowo „emerytura” nie istnieje. Muszę być w trasie. Chcę dawać ludziom szczęście. Chcę, żeby wychodząc z koncertu, dobrze się czuli. No a poza wszystkim potrzebuję pieniędzy – mawiał pół żartem, pół serio.

Rzeczywiście, miał dla kogo pracować. Był dwa razy żonaty, ale miał też kilka pozamałżeńskich związków. – Gdy jesteś muzykiem bluesowym, który wciąż jest w trasie, raczej nie jesteś dobrym kandydatem na męża – żartował. Miał w sumie 15 dzieci i ponad 50 wnuków. – Muzyka, przyjaciele i kobiety – bez tych trzech rzeczy życie nie miałoby sensu – mówił.

Jak się dostać do nieba

W ostatnich latach jego zdrowie bardzo się pogorszyło. W październiku zeszłego roku musiał przerwać koncert w Chicago z powodu wycieńczenia i odwodnienia. Cierpiał na nadciśnienie i cukrzycę, dwa razy był hospitalizowany. Na początku maja wydał specjalne oświadczenie, w którym przyznał, że ze względu na zły stan zdrowia nie opuszcza już swojego domu w Las Vegas. Zmarł we śnie 14 maja.

– Wszyscy marzą o tym, żeby pójść do nieba. Tylko dziwnym trafem jakoś nikt, by się tam dostać, nie chce umierać – ironizował w wywiadach. – Gdybym mógł wybierać, chciałbym umrzeć w jeden z trzech sposobów. Albo na scenie. Albo we śnie. O tym trzecim sposobie wolę nie mówić, sami możecie się domyślić, o co chodzi.

REKLAMA
loading...
loading...
źródło:Robert Sankowski
PODZIEL SIĘ