Krzysztof Krawczyk: „Jeżeli śpiewać to nie indywidualnie” [WYWIAD]

Krzysztof Krawczyk
Krzysztof Krawczyk fot. materiały prasowe © Wszelkie prawa zastrzeżone
Highspeed5.net (Music)
Highspeed5.net (Music)
Highspeed5.net (Music)

Kiedy na swoje 70. urodziny artysta może zaprosić do współpracy plejadę gwiazd, to świadczy tylko o jednym – sam jest kimś wyjątkowym! I wyjątkowa jest również nowa płyta Krzysztofa Krawczyka, na której znalazły się m.in. duety z Katarzyną Nosowską, Anią Dąbrowską i Maciejem Maleńczukiem!

Spotkanie w studiu nagraniowym drugiego artysty to bardziej inspiracja czy rywalizacja?

Jaka tam rywalizacja? Chcemy po prostu ze sobą dobrze i szczerze zabrzmieć. Mamy jeden wspólny cel: nagrać piosenkę, która spodoba się publiczności. Możliwość spotkania się w jednym nagraniu z tak znakomitymi wykonawcami jak na tej płycie to wielka radość i satysfakcja.

Lubi pan śpiewać w duetach?

Zanim zacząłem śpiewać jako solista przez dziesięć lat pracowałem w kwartecie – w zespole „Trubadurzy”, więc hasło: „Jeżeli śpiewać to nie indywidualnie” nie jest mi obce. W kwartecie to jakby dwa duety śpiewały, mówię to oczywiście z przymrużeniem oka. Ale kiedy już zacząłem śpiewać indywidualnie, często byłem namawiany do duetów. Na przykład mój menedżer Andrzej Kosmala już w latach 70-tych walczył ze mną i namawiał abym nagrał duet ze Zdzisławą Sośnicką. A ja opierałem się wszystkimi siłami.

Dziś, kiedy przypominam sobie tamte czasy to myślę, że moje zachowanie miało źródło w dzieciństwie. Otóż wychowałem się za kulisami Teatru Muzycznego w Łodzi. Mój ojciec był aktorem, śpiewakiem operowym i operetkowym i nie mogłem znieść kiedy do obcych kobiet – a nie do mojej mamy – śpiewał: „Ach myszko, to była cudna noc, słodka noc”. Już wtedy wyczuwałem nieszczerość i teatralność tych śpiewanych wyznań. I byłem obrońcą mojej mamy, choć nie do końca rozumiałem wtedy meandry życia.

Pamięta pan swój pierwszy duet?

Doskonale. Nagrałem go w 1987 roku z Bohdanem Smoleniem „Dziewczyny, które mam na myśli”. Była to taka parodia duetu Julio Iglesiasa i Willy Nelsona w piosence „Dziewczyny, które kiedyś kochaliśmy”.

To było z przymrużeniem oka. Ze względów prawnych, kłopotów z publishingiem nie znalazła się ona na płycie. Ale przez następne lata byłem znów oporny na duety. Coś tam zaśpiewałem na swoim koncercie benefisowym z Ireną Jarocką i Dorotą Stalińską. W 2000 roku nagrałem drugi duet z mężczyzną – z Norbim, a prasę obiegła plotka, że to mój syn. Kobieta, z którą wszedłem pierwszy raz do studia była Edyta Bartosiewicz. Z nią nagrywałem twarzą w twarz. Ale nie wszystkie duety dziś tak powstają.

Często są to duety wirtualne: śpiewam swoje partie w moim studio w Poznaniu, a partner czy partnerka w innym studio. To pragmatyczne rozwiązanie, ale często pozwala na powstanie wspaniałych duetów, które inaczej by nie powstały.

Wiele razy zaskakiwał pan swoimi duetami z artystami z zupełnie innych obszarów muzycznych. Tak jest i tym razem. Szczególnie w przypadku Kasi Nosowskiej, z którą zaśpiewał pan przepiękny miłosny duet napisany przez muzyka grupy HEY – Pawła Krawczyka. Takiej Kasi jeszcze chyba nie słyszeliśmy. Co ceni Pan najbardziej w Nosowskiej?

Szczerość jej wypowiedzi muzycznej. Nigdy nie idzie na łatwiznę. Cieszę się, że chciała zaśpiewać ze starszym panem. To jest właśnie duet, gdzie zaśpiewałem w K&K Studio do jej gotowej ścieżki wokalnej. Starałem się maksymalnie wczuć w jej intencje, interpretację tekstu, który zresztą sama napisała. To zresztą nie pierwszy jej tekst dla mnie.

W 2004 roku napisała także z Pawłem Krawczykiem (między nami Krawczykami!) piosenkę „Z daleka od trosk”. Poznaliśmy się z Katarzyną w okolicznościach dziwnych, bo za kulisami Festiwalu Sopockiego w 1994 roku. Wyskoczyłem wtedy z mojej Ameryki na koncert do Sopotu. Wiedziałem, że obok rewolucji ustrojowej w Polsce pojawiły się też młode gwiazdy. A tutaj za kulisami rzuca się na mnie młoda dziewczyna ze słowami „Ja i moja mama uwielbiamy pana!” Nie wiedziałem kto to jest, Andrzej Kosmala szeptał mi na ucho: „To jest nowa gwiazda Kasia Nosowska, ale uważaj – ma duże poczucie humoru…” Na płycie „Duety” mamy piosenkę, która mi się bardzo podoba!

Ania Dąbrowska stworzyła na tę płytę utwór „On ciągle walczy”. To nie jest pierwszy raz kiedy ze sobą współpracujecie. Jak zaczęła się Pana znajomość z Anią?

Niedawno występowaliśmy wspólnie w Londynie i Ania rzuciła do mnie za kulisami ze swoim charakterystycznym łobuziarskim uśmiechem: „Mam piosenkę na nasze „Duety”!” Ale już na płycie z 2004 roku zaśpiewaliśmy wspólnie tytułową piosenkę „To co w życiu ważne”.

Wykonaliśmy też wspólnie tę piosenkę na estradzie Opery Leśnej podczas Festiwalu Sopockiego w 2004 roku. Zaśpiewała też wszystkie chórki na wspomnianej płycie. Na płytę „Duety” napisała piosenkę „On ciągle walczył”. To jest piosenka o mnie, ale też o niej, bo nasze życie to ciągła walka.

W 2002 roku Maciej Maleńczuk napisał dla Pana utwór „Chciałem być”. Na płycie „Duety” śpiewacie razem singlowy przebój „Każdy dziad”, w którym Maciej zahacza o wątki biograficzne Pana życia. Łatwo się śpiewa żartobliwe utwory o sobie?

Maciej Maleńczuk zagościł już z trzema tekstami na płycie wyprodukowanej w 2002 roku przez Andrzeja Smolika. Od dawna się odgraża, że nagra ze mną płytę, ale musimy razem wypić dobry trunek (śmiech). Okazało się, że można nagrać duety i bez środków dopingujących.

Ta piosenka to autoironia: śpiewamy o sobie, chociaż do polityki się nie pchamy, chociaż każdy ma swoje poglądy. Ta żartobliwa piosenka ma przepiękne solo w stylu lat 50 i 60. Na saksofonie, na którym gra Maciej. Zaskoczyła mnie ta propozycja, ale i rozbawiła. Podobnie jak w duecie z Danielem Olbrychskim – zachowujemy dystans do naszych przeżyć.

A jak zaprasza się do współpracy Daniela Olbrychskiego? Kojarzymy go wieloma wybitnymi rolami, ale zestawienie go z piosenkami nie jest już tak oczywiste. Skąd pomysł, aby właśnie z nim nagrać utwór „Z kobietami to różnie bywało?”

Z Danielem poznaliśmy się w Chicago. Okazało się, że jesteśmy bratnimi duszami, bo ja wychowałem się na Trylogii, którą mój ojciec January, zawodowy aktor, czytał mnie i mojemu bratu przed zaśnięciem. Potem, kiedy zobaczyłem Daniela na ekranie, powróciły wspomnienia tamtych chwil. Wielokrotnie spotykaliśmy się po przyjacielsku w Polsce.

Kiedy Pierwszy Program Polskiego Radia w 2009 roku zaproponował mi autorskie spotkanie na antenie, zaprosiłem kilku gości, między innymi Daniela. A w tym czasie Andrzej Kosmala wraz z Robertem Kalickim napisali piosenkę „Z kobietami to różnie bywało”.

Andrzej podczas audycji w radio pokazał tekst Danielowi i nieśmiało zaproponował nagranie tej piosenki w duecie ze mną. Danielowi ten pomysł się spodobał i kilka dni później nagranie było gotowe. Daniel zaskoczył mnie w studiu swoimi umiejętnościami wokalnymi. Okazało się, że uczęszczał do szkoły muzycznej, grał na skrzypcach. Połączył nas też temat piosenki, bo z kobietami to w naszym życiu rzeczywiście różnie bywało!

Podczas nagrania bawiliśmy się znakomicie, a także podczas kręcenia teledysku w Opolu, bo władze stolicy piosenki sfinansowały nam, w ramach promocji miasta, dowcipny teledysk. Piosenka ukazała się na mojej setnej płycie, którą w całości zadedykowałem Wielkiemu Polskiemu Aktorowi Danielowi Olbrychskiemu.

Krzysztof Krawczyk
Krzysztof Krawczyk fot. materiały prasowe © Wszelkie prawa zastrzeżone

Czy wszystkich artystów, z którymi Pan zaśpiewał na tej płycie, znał Pan już wcześniej osobiście? Czy były też takie spotkania, które odbyły się pierwszy raz, właśnie dzięki wspólnym nagraniom?

Płyta powstawała praktycznie 10 lat. I tak powinno być z nagraniem duetów. Nie akcja jednorazowa tylko poznawanie się rozłożone w czasie. W zasadzie znam wszystkich, choć w wypadku Edyty Bartosiewicz czy Norbiego najpierw poznałem ich nagrania. Ale jeździmy po tym kraju z koncertami, spotykamy się w studiach telewizyjnych i trudno nie wpaść na siebie.

Najpierw powstawały piosenki, a potem pomysły na duety czy odwrotnie?

Piosenka jest najważniejsza! I od tego wychodziliśmy przy wszystkich 12 piosenkach. To muszą być piosenki, w których obydwie strony będą się czuły dobrze. Dobra piosenka jest dobra na wszystko!

Zestaw artystów, z którymi zaśpiewał Pan na tej płycie jest imponujący. Z kim najłatwiej, a z kim najtrudniej było „zgrać” się w studiu?

Nie było żadnych trudności. No może poza Edytą Bartosiewicz, która tak mnie, a przede wszystkim siebie wykończyła, że po nagraniu zadzwoniłem do mojego menadżera Andrzeja Kosmali: „Andrzej! Nigdy więcej duetów” (śmiech). Ale po czasie przekonałem się, że jej perfekcjonizm przyniósł efekt.

Dostaliśmy wielki przebój „Trudno tak…”. To taki okres, gdy Edyta wycofała się z rynku muzycznego. Jak Pan w tamtym okresie przekonał ją do zaśpiewania?

W tamtych latach był wysyp nowych, młodych gwiazd. Starannie przyglądałem się nowościom naszego rynku muzycznego. I jako miłośnik dobrej muzyki i jako uczestnik tego muzycznego wyścigu. Nowych płyt słucham zazwyczaj przy obiedzie i rzadko się zdarza, bym jakąś nową płytę wysłuchał do końca. I zdarzyło się: płytę Edyty Bartosiewicz słuchałem przez kilka miesięcy.

Nie znałem jej osobiście, ale w kilku wywiadach powiedziałem o moje fascynacji tą dziewczyną. Czy to do niej dotarło? Powiedziałem o tym też w mojej wytwórni płytowej BMG. I jakoś te wszystkie sygnały się spotkały.

Producent płyty „To co w życiu ważne” Paweł Jóźwicki i Biljana Bakic, doprowadzili do nagrania tego duetu. Nagraliśmy teledysk, wystąpiła ze mną na dwóch Festiwalach Sopockich i w kilku programach telewizyjnych. Wdzięczność moja sięga nieboskłonu!

Aż dwa duety są w klimacie reggae: z Muńkiem i Ras Lutą. Ma Pan jakiś szczególny stosunek do tego gatunku? Czy to raczej wpływ artystów, z którymi Pan nagrał te piosenki?

Byłem na Key West, na najdalej w kierunku Kuby wysuniętym lądzie amerykańskim. To już tylko 80 mil do Wysp Karaibskich. Byłem zszokowany popularnością muzyki reggae, jej słoneczną melodyjnością, rytmiką i tekstami o bogatej treści. Chętnie nagrałem piosenki w tym stylu, bo moi partnerzy, szczególnie Ras Luta śpiewają tę muzykę na co dzień.

Czyli lubi pan eksperymentować?

Śpiewam 53 lata. Gdybym przez wszystkie te lata pozostawał w jednym gatunku muzyki, zanudziłbym się ze sobą na śmierć. Nie mówiąc już o publiczności! Dlatego robiłem wszystko, żeby nie dać się zaszufladkować. Zawsze próbowałem łamać konwencje.

Zawdzięczam to również ludziom, z którymi współpracuję w K&K Studio i tym wszystkim kompozytorom, autorom, aranżerom, muzykom, producentom z którymi miałem okazję współpracować. Wszystkich ich noszę we wdzięcznej pamięci!

A w którym gatunku czuje się Pan najlepiej?

Nie mam specjalnych preferencji, zawsze chcę wydobyć z piosenki to co w niej najlepsze, tak jak podpowiada mi moje serce. W końcu trochę lat śpiewam i potrafię wczuć się w klimat i piosenkę.

Dwa duety, z Urszulą i Wojtkiem Kordą , zostały nagrane kilka lat temu, ale nigdy wcześniej nie były publikowane. Dlaczego?

W K&K Studio, które jest moim drugim domem, nagrywają także inni wykonawcy i podczas nagrań Urszuli i Wojtka Kordy Andrzej Kosmala z Ryśkiem Kniatem stwierdzili, że pięknie te piosenki zabrzmiałyby w duecie z Krzysztofem. Kiedy w wytwórni Sony Music dojrzał pomysł wydania płyty z moimi duetami, producenci powrócili do tego pomysłu.

Urszula zaskoczyła mnie piękną countrową barwą głosu, w najlepszym amerykańskim wydaniu, a Wojtek Korda to legenda polskiego rock and rolla. Cieszę się, że z nim nagrałem duet. Znamy się przecież od tylu lat.

Piosenka „Przytul mnie życie” z tekstem Andrzeja Piasecznego otwiera pana album „To co w życiu ważne” z 2004 roku. Ale wtedy zaśpiewał pan solo ten utwór. Kiedy i z jakiego powodu nagraliście ponownie, tym razem wspólnie z Andrzejem, tę piosenkę?

Andrzej napisał na tę płytę dwa teksty. Kiedy płyta już się ukazała na rynku, dostałem od Telewizji Polskiej propozycję recitalu na Festiwalu Sopockim. W pierwszej wersji ta piosenka też jest swoistym duetem, tylko że ja śpiewam a na gitarze gra i niesamowitą solówkę Janek Borysewicz.

Do Sopotu postanowiłem zaprosić i Janka BO, i autora tekstu Andrzeja Pasiecznego, niezwykle przeze mnie cenionego wokalistę młodego pokolenia. Było to wspaniałe przeżycie artystyczne i zaraz po zejściu ze sceny krzyczałem do Pawła Jóźwickiego: „To trzeba nagrać w studio”. I tak powstało to nagranie!

Świąteczną piosenkę „Witamy ciebie gwiazdko na niebie” śpiewa Pan z Eleni. Czym Eleni Pana zauroczyła, że powstał taki duet?

Eleni ze swoją muzykalnością, ciepłym głosem i ogromną miłością publiczności nie musiała mnie namawiać. Piosenka powstała do programu telewizyjnego na święta Bożego Narodzenia w 2006 roku. Śpiewaliśmy ją też publicznie w programie telewizyjnym „I ty będziesz Świętym Mikołajem”. Bardzo dobrze mi się z Eleni pracowało. Myślę, że powinniśmy kiedyś nagrać całą płytę. Nie zapomnę też wspaniałego obiadu po nagraniu w domu Eleni przy stole zapełnionym smakołykami kuchni greckiej i polskiej.

Gdyby na następne okrągłe urodziny zdarzyła się okazja nagrania kolejnej płyty w duetach, kogo by Pan zaprosił?

Trudne pytanie, bo jest taki wysyp talentów, tylu wspaniałych młodych ludzi śpiewa. Ale mam zaległe duety do nagrania: z Marylą Rodowicz, z którą to obiecujemy sobie ten duet od lat oraz z Edytą Górniak, z którą w 2008 roku zaśpiewaliśmy w Sopocie „My Cyganie” i wtedy ona publicznie, na scenie, obiecała mi takie nagranie. A na razie myślami jestem przy mojej płycie z nowymi piosenkami, która ma już nawet piosenkę tytułową: „Ja już nic nie muszę”.

POSŁUCHAJ ZAPOWIEDZI ALBUMU
KRZYSZTOF KRAWCZYK – DUETY

Dołącz do nas na Facebooku i bądź na bieżąco!

R E K L A M A » dywany do salonu

loading...
loading...
źródło:sonymusic.pl
PODZIEL SIĘ