Maria Sadowska: Eksplozja radości

Reżyserka, scenarzystka, trenerka… Maria Sadowska ma wiele twarzy, ale dzisiaj, przy okazji premiery kipiącej energią płyty „Jazz na ulicach”, interesuje nas przede wszystkim muzyczne oblicze tej wszechstronnej artystki. Dowiadujemy się, jaki jest jej przepis na sukces: wystarczy od kołyski słuchać jazzu, pracować bez wytchnienia i otaczać cudownymi ludźmi. Banalnie proste, prawda?

Ile godzin liczy twoja doba?
Ona się rozciąga, a ostatnio jest chyba bardziej elastyczna niż kiedykolwiek wcześniej. (śmiech) Niedawno przez cztery dni z rzędu pracowałam od siódmej rano do jedenastej w nocy, po czym wracałam do domu i słuchałam ostatecznych miksów utworów z nowej płyty, więc kładłam się spać koło drugiej. Wcześniej robiłam płytę, więc siedziałam w studiu do trzeciej w nocy… Około ósmej czy dziewiątej budzi mnie mała i wtedy mam czas, żeby z nią trochę pobyć.

Masz w ogóle czas na lenistwo? A może nie lubisz bezczynności?
Lubię, jak każdy normalny człowiek. Specyfika mojego zawodu polega na tym, że czasem trzeba się bardzo spiąć i dać z siebie wszystko, za to później ma się trochę luzu. W ciąży mogłam sobie pozwolić na taki luz – wypisałam się praktycznie ze wszystkiego, zamieszkałam na wsi i cudownie się wyciszyłam. A potem wszystko znów ostro ruszyło z kopyta.

Tytuł twojej nowej płyty brzmi „Jazz na ulicach”. Sugerujesz, że jazz jest dla wszystkich, nie tylko dla stałych bywalców eleganckich stołecznych klubów?
Oczywiście, że tak. Kiedy wymyślałam ten tytuł, kierowałam się intuicją i nie zastanawiałam się, jak może być odczytywany, ale rzeczywiście wierzę, że jazz może być muzyką popularną. Tak przecież było na początku, jazz był odpowiednikiem współczesnego popu. Zresztą, moja płyta nie jest jazzowa, choć oczywiście czerpie z tej tradycji – brzmienia, harmonii, możliwości improwizacji. To są jednak przede wszystkim piosenki. Trochę już byłam zmęczona bardzo poważnymi sprawami, którymi się ostatnio zajmowałam i potrzebowałam czegoś lżejszego, pozytywnego, pełnego luzu. Bez podtekstów, bez społecznego myślenia, ze swobodnie płynącymi dźwiękami. Chciałam odreagować.

I przy okazji przypomnieć nam, że jazz nie jest tylko do kontemplowania, ale też można go tańczyć?
O to właśnie mi chodziło! „Jazz na ulicach” jest eksplozją radości. Miałam ochotę wreszcie się wytańczyć. Jazz to muzyka, która opiera się na rytmie. To część naszej natury, serce przecież bije w rytmie. Ja całe życie tańczyłam do jazzu. Kiedy jeździłam jako MC z Niewinnymi Czarodziejami, właśnie takie rzeczy graliśmy – muzykę klubową łączoną z elementami jazzowymi – i ludzie szaleli, było cudownie. „Jazz na ulicach” jest więc również dla mnie powrotem do korzeni, do czasów, kiedy byłam bardzo młoda i dopiero wchodziłam w świat muzyki.

Bardzo wcześnie wchodziłaś.
To prawda. Pierwsze 12 miesięcy życia spędziłam w wózku w klubie Pod Kurantem, gdzie pewnie słyszałam tylko hi-hat i stopę dochodzące z oddali – i tak mi już zostało. (śmiech) Jazz był zawsze w moim domu, ale nigdy nie chciałam grać standardów. Nie interesował mnie smutny jazz, zawsze wolałam w nim rytm i energię. Rytm jest dla mnie punktem wyjścia, genotypem, jest konstrukcją, na której budujesz resztę utworu. Zawsze tak myślałam o muzyce, więc prędzej czy później ta płyta musiała się wydarzyć.

Mam wrażenie, że Polacy kochają się raczej w tęsknych melodiach niż gorących rytmach.
Zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, że to co lubię, nie wszystkim w Polsce się podoba, tym bardziej że Polacy uwielbiają smucić się i narzekać. Muzyka na tej płycie jest na to odtrutką – przynajmniej dla mnie. (śmiech) Ale, oczywiście, mam do melodii wielki szacunek i staram się jej nie zaniedbywać, szczególnie w wolnych numerach.

Masz nowe twarze w zespole. Co to za ludzie?
Jakiś czas temu zrobiłam przesłuchania dla młodych muzyków, na których pojawił się Kacper Zasada ze swoją basówką. Grał z nami przez jakiś czas „Komedę”, aż pewnego dnia przyniósł na próbę kontrabas – i to nadało ton nowemu materiałowi. Zawsze graliśmy z basówką, bo wychodziłam z założenia, że jak jazz to elektryczny. Nawet jak grałam akustycznie, to z tatą, który grał na Hammondzie. Marzyłam więc o płycie z kontrabasem i wreszcie się udało. Oszalałam, otworzyły mi się nowe klapki w głowie! Kacper miał też wpływ na kompozycje, przynosił bardzo fajne riffy. Super chłopak, bardzo nowocześnie myślący. Z moim poprzednim perkusistą musiałam się rozstać, bo wyjechał do Stanów i zostałam bez bębniarza. Tymczasem premierowy koncert z „Dniem kobiet” mieliśmy w poniedziałek, a ta sytuacja wyszła w poprzedzający go piątek, więc w dwa dni trzeba było zrobić materiał – i tak odnalazł się w moim zespole Bartek Nazaruk, młody chłopak z Sejn. Trzeci muzyk, gitarzysta, to Tomek Łabanowski. Jest samoukiem, ale ma świetną intuicję, absolutne poczucie rytmu. Dla niego ta płyta również była nowością, bo po raz pierwszy pracowaliśmy praktycznie bez fortepianu. Wszystko wywróciliśmy do góry nogami, bo do tej pory przecież fortepian był najważniejszym instrumentem w moim zespole.

„Jazz na ulicach” zrobiliście w czwórkę?
Tak. Choć nie wszystko. Cała historia powstania tej płyty jest dość pokręcona. Zaczęło sie kilka lat temu, kiedy jeszcze grałam ze starym składem, tym samym z którym powstał album ”Tribute to Komeda”. Nagraliśmy w piwnicy kilka nowych pomysłów, ale pózniej nasze drogi niestety się rozeszły, a ja wciąz nie miałam płyty, do której mogłyby pasować klimatem. Wśród nich był na przykład funkowy utwór „Ludzie”. Ten kawałek sięga jeszcze dalszej mojej historii – jest wspomnieniem z czasów, kiedy grałam z moją pierwszą kapelą rockową. Zawsze chciałam go nagrać na nowo, choć nawet nie jestem jego autorką. Utwory leżały jak wyrzut sumienia w szufladzie, a ja robiłam w tym czasie inne płyty czy filmy, czas leciał… W pewnym momencie zabrałam się za produkowanie bardziej tanecznych utworów we własnym zakresie i tak powstały „Jazz na ulicach” i „Front Line”. Potem pojawili sie chłopcy z nowego składu. Po serii koncertów stwierdziliśmy, że chcielibyśmy nagrać wspólnie premierowy materiał. Fajnie nam się pracowało. Siedzieliśmy u mnie w piwnicy, otoczeni starymi winylami, graliśmy wszystko, co nam przyszło do głowy i wybieraliśmy z tego najfajniejsze rzeczy. Teksty powstawały w podobny sposób, na gorąco. Nagrywanie tej płyty dało nam dużo radości.

Pojawili się również goście.
Przede wszystkim spełniło się moje wielkie marzenie i udało mi się zaprosić Ulę Dudziak! Wiedziałam, że ma otwartą głowę i zrozumie elektroniczno-jazzowy charakter kawałka „Jazz na ulicach” – który od poczatku swojego powstania miał specjalne miejsce dla Uli. Długo wyobrażałam sobie, jak zabrzmi jej głos w środkowej części… Kiedy pierwszy raz usłyszałam jej solo – miałam dosłownie łzy w oczach. W dwóch utworach w chórkach towarzyszą mi dziewczyny z mojej pierwszej edycji „The Voice” –  Gosia Janek i Beata Orbik. No i mój ojciec, Krzysztof Sadowski, wystąpił gościnnie, na organach Hammonda, w utworze moich rodziców „Kto dogoni wiatr”. Kiedyś śpiewała go moja mama…

Materiał powstał w twojej piwnicy, a gdzie nagrywaliście płytę?
Wokale nagrałam w Studiu Jazzda Music u Yaro, on też zmiksował cały materiał i był dobrym duchem przestrzeni w muzyce. Znamy się od dawna i przyjaźnimy. Yaro ma w studiu tak wspaniałe odsłuchy, że mogłabym tam zamieszkać i tylko słuchać swoich ulubionych płyt! To już druga płyta, którą razem zrobiliśmy. Yaro ma naprawdę anielską cierpliwość do mojego roztrzepania – bo czesto przynosiłam do studia ścieżki, w których coś się nie zgadzało, a Jarek jest dźwiękowym terrorystą-perfekcjonistą i wszystko musi być u niego tip-top. Tak czy siak, wyprowadził na prostą wszystkie moje pokrętne pomysły. Natomiast zespół bardzo chciałam nagrać na setkę i tu już była potrzebna większa przestrzeń. Jest w Warszawie takie nowiusieńkie studio, które nazywa się Black Kiss Records. Jak tam weszliśmy, było otwarte ledwie od dwóch miesięcy. Jeszcze pachniało świeżością, którą można było wypełnić nową energią. Następne półtora miesiąca – i płyta była gotowa. Nagrałam ją praktycznie na setkę, bez szlifowania szczegółów, bez wariowania. Z emocjami na pierwszym miejscu. Fajne jest też to, że jak masz mało czasu, to musisz się na tym totalnie skupić, o niczym innym nie myślisz.

Byłem przekonany, że po sukcesie twojego filmu „Dzień kobiet”, kino pochłonie cię bez reszty. Że długo nie usłyszymy o tobie, jako o wokalistce.
A ja wiedziałam, że muszę odpocząć, że potrzebny jest mi płodozmian. Tym bardziej, że strasznie długo nie było mnie na scenie, bo dużo jeździłam z filmem po świecie, cały zeszły rok. W tym czasie napisałam trzy nowe scenariusze, więc na pewno nie zostawię filmu, ale teraz mam moment muzyczny i chcę go wykorzystać, i się nim nacieszyć. Kiedy już naładuję akumulatory, znów pójdę walczyć w filmie. Wiesz, jak jest – jak już raz się zajmiesz muzyką, to nie możesz przestać, ona zawsze będzie cię ścigała. Niestety, z kinem jest dokładnie tak samo. (śmiech)

W filmie jesteś zaangażowana, walcząca, gniewna, a muzyka to ładowanie baterii i relaks?
Słuchałeś mojej poprzedniej płyty – „Dnia kobiet”?

Oczywiście, wydawało mi się jednak, że punktem wyjścia dla niej był film.
Tak, jak najbardziej, to właśnie film przestawił mnie na takie tory. I w kolejnych wciąż zamierzam poruszać takie tematy jak prawa kobiet, kontynuować raz rozpoczętą drogę, ale mam też projekt przygodowego filmu dla dzieci. Wiesz, nie przepadam za piosenkami o miłości, ale w muzyce te lekkie tematy jeszcze przechodzą, bo dźwięki są ważniejsze, można wiele rzeczy dopowiedzieć muzyką, która jest abstrakcyjna, mniej konkretna… W filmie niby też można opowiadać banały, ale jak poświęcasz czemuś cztery lata, to lepiej zrobić coś ważnego, nawiązać z widzami dialog, próbować coś zmienić.

Dobrze, że nie musisz wybierać.
Raz musiałam! Byłam na ostatnim roku szkoły filmowej i miałam możliwość albo nagrać płytę, albo zrobić film dyplomowy na czas. Wojciech Marczewski powiedział mi wtedy: „Idź, idź, nagrywaj tę płytę! Muzyka jest najważniejszą ze sztuk.” (śmiech)

Można powiedzieć, że twoja muzyka jest z Ameryki, a twoje kino z Wielkiej Brytanii?
O kurczę, ale wymyśliłeś! (śmiech) Nie wiem, czy moja muzyka jest z Ameryki. Pewnie trochę tak, ale ja wierzę w istnienie czegoś takiego jak słowiański funk, czy nawet słowiański blues. Wychowałam się na tej muzyce i do niej nawiązuję. Co do filmu, masz rację, trochę tak jest. Ken Loach to mój wielki mistrz.

Mając tyle ciekawych zajęć, jak znalazłaś czas i ochotę na „The Voice of Poland”?
Ja się żadnej przygody nie boję, a to jest niesamowita przygoda. Wzięli mnie z zaskoczenia. Nie spodziewałam się zaproszenia i zanim wyszłam z szoku, już siedziałam na nagraniach. Musiałam oczywiście powalczyć trochę z kalendarzem i tak ułożyć pracę, żeby nie zaniedbać żadnego z projektów. Przy kolejnej edycji było to jeszcze trudniejsze ze względu na nagrania nowej płyty i przygotowania do trasy koncertowej ale ostatecznie udało nam się wszystko pogodzić. Bardzo lubię ten format, zwłaszcza dlatego, że – może to zabrzmi banalnie, ale tym programie muzyka naprawdę gra pierwsze skrzypce. Producenci zachęcali nas: „Jammujcie z uczestnikami, improwizujcie!” I rzeczywiście, w programie jest mnóstwo grania, śpiewania również w przerwach, to jest dla nas-muzyków bardzo ważny aspekt tej produkcji, poznałam wielu niesamowitych, zdolnych ludzi… Cieszę się, że mogłam im coś z siebie dać, ale myślę, że i oni mi coś dali.

Czego się od nich nauczyłaś?
Podziwiam ich. Są bardzo dzielni, że tam przychodzą, bo to przecież zawody. Niektórzy z nich śpiewają po prostu rewelacyjnie i nie trzeba ich niczego uczyć, wystarczy pomóc w dokonywaniu nieco lepszych wyborów artystycznych. Nie mogę jednak za nikogo podejmować decyzji, oni muszą sami wiedzieć, czego chcą.

REKLAMA
loading...
loading...