Ewa Farna: Bugs i Jordan zachęcili mnie do kosza

– Uważam, że ludzie przychodzą na mecz właśnie po emocje, przychodzą, by pokrzyczeć, wyluzować się, pobawić, trzymać kciuki. Mam nadzieję, że mój koncert wzmocni tę atmosferę. Cieszę się, że mogę być częścią tego widowiska! – mówi Ewa Farna, muzyczna gwiazda Meczu Gwiazd Tauron Basket Ligi.

Tomasz Wiliński: Od 12. roku życia występuje Pani na scenie. Czy wyobraża sobie Pani siebie w innej roli?
Ewa Farna: Swoją przygodę ze sceną rozpoczęłam bardzo wcześnie,  a pierwsze muzyczne kroki stawiałam w Czechach. Na polskim rynku muzycznym pojawiłam się znacznie później. Muzyka jest dla mnie bardzo ważna. Nie wykluczam jednak, że kiedyś będę robiła coś zupełnie innego. Jednak muszę przyznać, że uwielbiam śpiewanie i byłabym ogromnie szczęśliwa, gdybym tym mogła zajmować się całe życie.

Pani brat profesjonalnie uprawia narciarstwo alpejskie. Pani także przez wiele lat należała do klubu narciarskiego i czynnie uprawia także inne sporty. Czy nie myślała Pani o zawodowej karierze sportowej?
– Nigdy nie miałam w sporcie ponadprzeciętnych wyników. Nie liczyłam na to, że kiedyś mogę zostać sportowcem. W dodatku, jeżdżąc na nartach, nie powinnam się bać prędkości,  a ja od pewnego momentu miałam blokadę. Często pojawiało się uczucie, że nie powinnam przekraczać pewnych granic. Uprawiałam sport, by utrzymać dobrą kondycję, nauczyć się dyscypliny, przebywać  z kolegami z klubu, z którymi łączy mnie wiele miłych wspomnień. W muzyce jednak czułam się zdecydowanie pewniej i wiedziałam, że jestem na właściwym miejscu. Na razie kocham to, co robię i jestem wdzięczna losowi za tyle przeżyć.

Wybitnych sportowców, muzyków, aktorów stawia się na piedestale i często uważa się, że są to osoby niedostępne, a wręcz żyjące w „innym świecie”. Jakie są Pani odczucia z tym związane?
– Dla mnie każdy człowiek jest równie wartościowy. Leżąc chorym w łóżku, najlepiej się odczuwa, jak niepewną wartość mają ludzkie piedestały. Obojętnie czy jest się prawnikiem, sprzątaczką czy urzędnikiem, przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi, a jak przychodzi choroba, bez względu na wszystko, wszyscy lądujemy w szpitalu. Poza tym jestem zwyczajną dziewczyną, która chodzi do szkoły, przygotowuje się do matury i ma przyjaciół jak każda inna moja rówieśniczka.

Koncerty i praca na scenie są ogromnym wysiłkiem, także fizycznym. Czy dla  koncertującego muzyka przygotowywane są specjalne treningi poprawiające kondycję fizyczną?
– To prawda. Koncert to nie tylko sprawa duchowa i emocjonalna, ale i wysiłek fizyczny. Gdy schodzę ze sceny, rozpiera mnie energia. Czuję zmęczenie, ale nie mogę zasnąć. Trzeba ochłonąć, odetchnąć. Nie mam czasu na sport i treningi, bo każdą wolną chwilę poświęcam obowiązkom i szkole, ale chciałabym  mieć trochę lepszą kondycję. Może po maturze nad tym popracuję.

Czuje się Pani większą gwiazdą w Czechach czy w Polsce?
– Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ nie czuję i nigdy nie czułam się gwiazdą. W Czechach jest świetnie, gramy i mam super fanów, jednak prawdą jest, że teraz przeżywam w Polsce niebywale udany okres pełen sukcesów. Bardzo mnie to cieszy, czuję zobowiązanie wobec fanów i odpowiedzialność za to, co robię. Mam jednak świadomość, że jutro może przyjść ktoś nowy, kto zajmie moje miejsce, bo takimi prawami rządzi się showbussiness.

Wiem, że planowała Pani studiować w USA produkcję muzyczną. Czy mieszkając w Stanach, zaczęłaby Pani odwiedzać hale koszykarskie?
– Po maturze szykuję się na studia prawnicze albo w Czechach, albo w Polsce. Na razie brzmi to dość nierealnie, ale spróbować można. I chcę tego. Rozważam także studia na Berklee College of Music, właśnie na wydziale produkcji muzycznej, jednak najpierw chciałabym ukończyć „normalne” studia. Gdybym kiedyś miała taką okazję, to na pewno wybiorę się na mecz koszykówki w USA. Królik Bugs i Michael Jordan zachęcili mnie wystarczająco.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że będąc niewidzialną, chciałaby zajrzeć za kulisy koncertu U2. To prawda?
– To nie może udać się zwykłemu śmiertelnikowi. Być z nimi w szatni, posłuchać o czym rozmawiają, jak się przygotowują na koncert, to moje marzenie. Ogólnie też marzy mi się bycie w backstage jakiejkolwiek dużej zagranicznej produkcji. To wielkie doświadczenie, z którego można wyciągnąć wiele wniosków dla siebie.

Ma Pani na swoim koncie już wiele nagród muzycznych. Czy można porównać rywalizację pomiędzy artystami na scenie i listach muzycznych do rywalizacji sportowej?
– Myślę, że to jednak co innego. W muzyce raczej nie ma dla mnie wygranych, nie chodzi tu o rywalizację. Większe znaczenie mają inne aspekty. Każdy, kto znajdzie słuchaczy, czuje, że odnalazł swoje miejsce  i rację bytu – i wtedy jest fajnie i kolorowo. W śpiewaniu nie ma konkurencji, chodzi tylko o to, co się komu podoba. Nie ma mety, która decyduje o tym, kto zwycięża.

Grywa Pani na perkusji i na gitarze. Czy to Pani sposób na rozładowanie energii?  Co wyzwala w Pani więcej endorfin?
– Tak, to są emocje i to wielkie! Gra na perkusji to szczególne rozładowanie energii, na pewno i fizycznej. A w sport znowu mam w zamiarze uciekać, jak tylko uda mi się wydostać spod tej ilości książek.

W jakim kierunku podąża Pani kariera muzyczna?
– Mam nadzieję, że w dobrym. Przede wszystkim mam ambicję samodzielnie pisać piosenki, teksty, tworzyć własną muzykę. Lubię eksperymentować, łączyć style muzyczne, ale dotychczas, w połączeniu z obowiązkami szkolnymi, nie miałam do tego przestrzeni. W przyszłości chciałabym to zmienić.

[dropcap]EWA FARNA – ULUBIONA „RZECZ”[/dropcap]

REKLAMA
loading...
loading...