Przypadkowy początek w londyńskim korku i budynku Abbey Road
Historia „Driving Home for Christmas” zaczyna się w grudniu 1978 roku w Londynie. Chris Rea przebywa wtedy w budynku Abbey Road, czyli legendarnym studiu znanym z nagrań zespołu The Beatles. To miejsce ma już wtedy status ikony, jednak dla Rea nie oznacza luksusu ani stabilności. Muzyk czeka na swoją żonę, aby wspólnie wrócić do Middlesbrough. Podróż trwa około czterech godzin.
Decydują się na jazdę starym Mini, ponieważ jest taniej niż pociąg. Rea nie ma wówczas stabilnej sytuacji finansowej, a jego kontrakt nie pokrywa kosztów przejazdów. Co więcej, menadżer opuścił artystę, zostawiając go praktycznie bez pieniędzy. Gdy wjeżdżają na zatłoczone ulice Londynu, natychmiast stają w korkach. Chris zauważa zmęczone twarze kierowców wokół.
Właśnie wtedy, pół żartem, pół serio, zaczyna nucić do żony słowa „We’re driving home for Christmas…”. Nie planuje piosenki, nie zapisuje tekstu i nie traktuje tego momentu poważnie. Te kilka prostych wersów znika na wiele lat, a ich znaczenie ujawni się dopiero później.
Nocny powrót do domu i nagły zwrot w karierze
Rea i jego żona docierają do Middlesbrough około trzeciej nad ranem. Jest bardzo zimno, a śnieg wniesiony do przedsionka nie topnieje. Muzyk wspominał później, że był w złym stanie psychicznym i finansowym. Jednak w skrzynce na listy czeka niespodzianka. Znajduje tam czek od PRS America na 15 tysięcy funtów.
Okazuje się, że jego utwór „Fool (If You Think It’s Over)” stał się hitem w Stanach Zjednoczonych. To wydarzenie całkowicie zmienia jego sytuację życiową. Jak sam relacjonował: „W ciągu jednej nocy z osoby, która ma resztki funtów w kieszeni, stałem się osobą, którą stać na dom”.
Właśnie dlatego improwizowana kolęda z samochodu trafia do zapomnienia. Kariera Chrisa Rei zaczyna się wreszcie rozwijać, a potencjalny świąteczny hit ląduje w szufladzie z niedokończonymi pomysłami. Wtedy nikt nie przypuszcza, że wróci po latach z ogromną siłą.
Odkrycie melodii i nagranie bez wielkich ambicji
Kilka lat później, podczas testów fortepianu, Rea współpracuje z klawiszowcem Maxem Middletonem. Panowie improwizują, wygłupiają się i sprawdzają brzmienia. W pewnym momencie Chris spontanicznie śpiewa zapomniane słowa „We’re driving home for Christmas…”. Melodia idealnie pasuje do tekstu, choć nikt nie planuje świątecznego przeboju.
Ktoś obecny w studio sugeruje, aby zrobić z tego utwór. Decyzja zapada bez presji i bez strategii marketingowej. Jak wspominał perkusista Martin Ditcham, nagranie odbyło się w małym domowym studio Rei w Maidenhead. Zebrali się muzycy, dograli instrumenty i charakterystyczne dzwonki.
Co istotne, nagranie nie powstawało w okresie świątecznym. Nikt nie czuł bożonarodzeniowego klimatu, ani nie spodziewał się sukcesu. Jak mówił Ditcham, po latach okazało się, że wiele osób nie wie, kim jest Chris Rea, ale zna tę piosenkę. Dla niego samego to największe zaskoczenie kariery.
Sukces, który narastał przez lata i wracał co grudzień
Oryginalna wersja „Driving Home for Christmas” została nagrana w 1986 roku. Na brytyjskiej liście przebojów pojawiła się 10 grudnia i dotarła do 53. miejsca. Wtedy nie była uznana za hit. Jednak w 2007 roku osiągnęła 33. pozycję, a w 2017 roku wspięła się aż na 14. miejsce.
To rzadki przypadek utworu, który z roku na rok zyskuje na popularności. Singiel regularnie wraca na listy przebojów, a dziś należy do dziesięciu najczęściej odtwarzanych piosenek świątecznych. Stał się symbolem powrotów do domu i grudniowej nostalgii.
Teledysk do utworu został po raz pierwszy wyemitowany 25 grudnia 1986 roku w holenderskim programie muzycznym TopPop. Z kolei w 2009 roku powstała nowa wersja klipu dla organizacji charytatywnej Shelter, wspierającej osoby bezdomne. Dochód z emisji przeznaczono na cele pomocowe, a w teledysku pojawiły się znane osobistości.
Dlaczego Chris Rea prawie nigdy nie grał tego hitu na żywo
Co ciekawe, Chris Rea niemal nigdy nie wykonywał „Driving Home for Christmas” podczas koncertów. Wyjątek stanowił jeden występ 21 grudnia, gdy ekipa techniczna namówiła go na żartobliwe wykonanie. Artysta zgodził się pod warunkiem użycia armatek śnieżnych.
Jak wspominał z rozbawieniem: „Kiedy zaczęli grać piosenkę, armatki tak głośno produkowały śnieg, że nie było słychać muzyków”. Publiczność szalała, a scena została zasypana trzema stopami sztucznego śniegu. Sprzątanie kosztowało go 12 tysięcy funtów, co skutecznie zniechęciło do powtórek.
Na koniec warto dodać, że Rea stworzył jeszcze jeden wielki przebój w korku. Tym razem chodzi o „The Road to Hell”, który powstał, gdy utknął na drodze M25. Trudno więc nie zauważyć, że drogowe frustracje wyjątkowo sprzyjały jego kreatywności.
Zobacz też: